- Zobaczymy, ilu listonoszy nie przyjdzie do pracy, ile urzędów będzie nieczynnych - powiedział nam wczoraj Wojciech Cebula, wiceprzewodniczący komisji "S” poczty w Białymstoku. - Jeżeli nie zastrajkują, dostaną namiastkę podwyżki proponowaną przez dyrekcję. Wszystko zależy od osób na dole. Właśnie oni są najgorzej wynagradzani. Im te pieniądze są najbardziej potrzebne.
Ale strajk, zdaniem związkowca, jest indywidualną sprawą każdego pracownika. - Zmuszać nikogo nie będziemy - dodaje.
- Pytanie brzmi, czy do strajku w ogóle dojdzie - ma wątpliwości Teresa Szczutowska, rzeczniczka poczty w Białymstoku. - Jeśli tak, to na pewno zrobimy wszystko, aby obsługa klientów odbywała się bez zakłóceń.
Paczkę pan odbierze
Co konkretnie poczta robi, rzeczniczka nie chce zdradzić. Po szczegóły odsyła do centrali. Dyrekcja poczty w Warszawie zapowiada zaś, że będzie śledzić sytuację w regionach i reagować, by nie doszło do paraliżu urzędów. - Jeden czy dwóch pracowników, którzy nie stawią się do pracy, nie wpłynie na załatwianie spraw klientów - usłyszeliśmy w warszawskim biurze rzecznika poczty.
Białostockie urzędy, jeśli w ogóle udzielają informacji, twierdzą, że będą pracować normalnie. - Proszę przyjść, paczkę wydamy - usłyszeliśmy w kilku białostockich oddziałach.
- Dyrekcja obiecała, że nie będzie wyciągać konsekwencji wobec osób, które przystąpią do protestu, ale wśród pracowników nie ma ducha walki - tłumaczy słaby odzew na solidarnościowy apel Cebula. - Uważają, że lepsze warunki pracy same się załatwią.
Chcemy 700 złotych!
Przypomnijmy, że pocztowcy walczą o wyższe płace już od kilku miesięcy. Zapowiadali strajk pod koniec kwietnia, w szczycie składania zeznań podatkowych. Przełożyli go na 5 maja, ale protest skończył się na oflagowaniu urzędów.
26 maja trzydzieści dwa działające w Poczcie Polskiej związki przystały na proponowane przez dyrekcję 400 zł podwyżki dla pracowników, od sierpnia. Tyle samo 300 tys. pracowników poczty w całej Polsce ma dostać w bonach, wypłacanych do końca roku. Solidarność i pięć mniejszych związków nie przystąpiły do porozumienia. Chcą 700-złotowej podwyżki z wyrównaniem od 1 stycznia.
- To kosztowałoby nas dodatkowe kilkaset milionów złotych - wyjaśnia Michał Dziewulski z warszawskiego biura rzecznika poczty.
Za wzrost wynagrodzeń pocztowców zapłacą klienci. - Mamy zgodę Urzędu Komunikacji Elektronicznej na wprowadzenie od lipca nowych cen - mówi Dziewulski. Zgodnie z nowym cennikiem wysłanie listu kosztować będzie 1,45 zł, o kilkanaście proc. podrożeje wysyłka paczek.